![]() ![]() ![]() |
Zespół Państwowych Szkół Muzycznych nr 4
im. Karola Szymanowskiego w Warszawie |
![]() |
||
|
"I CIĄGLE WIDZĘ ICH TWARZE..." Jak zmieścić wspomnienia z 40 lat pracy na jednej kartce? Nie sposób. Mogę tylko przywołać niektóre postacie, sytuacje, obrazy. jak w kalejdoskopie. Początek szkolnego dnia. Na posterunku jest już pani Maria Górowa i starannie podlewa kwiaty, nieliczne ozdoby dość surowego wtedy wnętrza, które pod jej ręką rozkwitają. Punktualnie o 8.00 dużym ręcznym dzwonkiem obwieści rozpoczęcie lekcji. Ale nie tylko ona przyszła tak wcześnie do szkoły. W jednej z klas od godziny 7.00, codziennie, nauczycielka matematyki pani Eulalia Żerańska pomaga uczniom, którzy mają kłopot z tym przedmiotem. Takie korepetycje za darmo, tylko trzeba wcześniej wstać. Po dzwonku wysypuje się na korytarz grono pedagogiczne: pani Balicka, która była dla mnie pierwszym wzorem nauczycielki języka polskiego, pani Zembaty - chodząca encyklopedia i prawdziwa humanistka (absolwentka filologii klasycznej), pani Ptaszyńska - wielki autorytet w sekcji teorii muzyki. Dostojnie kroczy matematyk pan Sawicki - pod pachą niesie zeszyty do prac klasowych w okładkach własnoręcznie przez siebie zrobionych i przewiązanych tasiemkami, a z wewnętrznej kieszeni marynarki wystaje "kapowniczek" z nazwiskami wszystkich uczniów i ich stopniami. Zawsze niewzruszony, konsekwentny, kategoryczny i tego mu nieraz zazdrościłam. Ja też wchodzę do klasy. Twarze? W ostatniej ławce siedzi skromnie Dorota Szwarcman, najlepsza moja uczennica. Pamiętam do dziś jej znakomite opowiadanie. Dorota i Marek Toporowski pisali piękne i mądre wypracowania, które nie wymagały poprawek. Zdolnych uczniów było zresztą wielu, a miałam to szczęście, że często trafiałam na bardzo dobre klasy. Po jakimś czasie dopada człowieka choroba zawodowa, chrypka. Jak tu czytać poezję? Ale mam przecież lektora, który godnie (a może lepiej?) mnie zastępuje. To Krzysio Gosztyła. Czuł się wtedy w swoim żywiole. I chociaż, jak się później publicznie przyznał, nie przeczytał "Nie-boskiej komedii", dostał się do Wyższej Szkoły Teatralnej. Kończą się lekcje przedpołudniowe. Do stołówki zmierzają dzieci ze świetlicy prowadzone pod czujnym i troskliwym okiem pani Ireny Pawlikowskiej, narzekającej, że jeszcze nie osłonięto kaloryferów i może zdarzyć się wypadek. Obiad? Kto nie pamięta "lawy wulkanicznej" (mielonego mięsa rosołowego z łojem), albo klusek z serem (do wyboru - na słodko lub ze skwarkami)? Świadoma rzeczy pani Banasiowa okraszała to wszystko uśmiechem, chętnie dając repetę. Mamy do załatwienia sprawę w sekretariacie, ale najpierw trzeba sprawdzić, w jakim humorze jest pani Jola Kwiatkowska, bo od tego wszystko zależy: albo usłyszymy "jem przecież!" i wtedy musimy się bezgłośnie wycofać, albo bez problemu załatwi sprawę od ręki i jeszcze niektórych wspomoże, jak nie dobrą radą to słodyczami. Notabene, bez postaci pani Joli w programie nie mogła się obyć żadna studniówka. I takiego właśnie dnia, przygotowując się w domu do uroczystości, nagle zmarła. Skoro o studniówkach mowa, przenosimy się do sali koncertowej. Programy bywały różne, najczęściej typu kabaretowego, zwykle na wysokim poziomie. Tu młodzież mogła zaprezentować wszystkie swoje talenty i błysnąć inteligencją. Ale jeden wieczór utkwił mi w pamięci: wystawiona została opera Edwarda Sielickiego, libretto wg opowiadania S. Lema, a w głównej roli Księżniczki wystąpiła Jolanta Radek. Pełny profesjonalizm jeszcze przecież uczniów. Sala koncertowa zawsze tętniła życiem. Rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, ślubowania, pasowanie na ucznia, dyplomy, no i przede wszystkim uroczystości. Te oczekiwane i te niechciane, które się musiały odbyć. Te niechciane "obchodziło się" w sensie dosłownym - program najczęściej wypełniała wyłącznie muzyka i tylko trzeba było dobrać odpowiednie utwory do okoliczności. Nie chcę przez to powiedzieć, że funkcjonowaliśmy poza systemem, ale też nie sądzę, by nasi uczniowie czuli się indoktrynowani. Kilka obrazów: uroczyste wręczenie szkole sztandaru, chór śpiewa "Gaude Mater Polonia", a następnego dnia awantura w komitecie partyjnym i upomnienie dla dyrekcji za propagowanie pieśni kościelnych. Wycieczki organizowane przez dyr. Krasowską "Szlakiem Hubala" przypominały o bohaterskich walkach Armii Krajowej. Autokary - za darmo - ofiarowała "Cytadela". Pamiętam pierwszą - w latach 70. - uroczystość w rocznicę powstania listopadowego przygotowaną przez p. Michiewicz. Ciemne podium rozjaśnione światełkami świec, a w tej scenografii piękna poezja i muzyka romantyczna. I wreszcie w wolnej Polsce pierwsze obchody Święta Niepodległości 11 listopada - brawurowy program z tańcami i pieśniami legionowymi przygotowany przez p. Ewę Żawrocką i entuzjastycznie przyjęty przez wszystkich. To zaledwie cząstka... Czy zostało to tylko w mojej pamięci? Opuśćmy już salę koncertową. Przeniesiemy się do części gospodarczej szkoły. To, co zobaczymy, nie jest zapewne szczytem pedagogiczno-wychowawczych metod, ale przynosi pozytywne skutki. Oto delikwenci ukarani za palenie papierosów lub inne wykroczenia - chłopcy zrzucają koks, a dziewczęta (czasem i chłopcy) obierają ziemniaki i skrobią marchew. Pamiętacie? Twarze Rodziców naszych uczniów... Bez ich pomocy byłoby o wiele trudniej. Wspierali nas zarówno w sprawach wielkiej wagi, np. remontów czy zaopatrzenia (koks!), jak i zupełnie drobnych. Wielu przez całe 12 lat. Pani profesor, znana pianistka, w fartuszku przygotowująca kanapki dla maturzystów czy na studniówkę, to zwykły u nas widok. Nie wymieniam nazwisk, zbyt ich wiele, a mało tu miejsca, no może jedno, bo to i rodzic i kolega: prof. Wybrańczyk. Wrócił właśnie z kolejnego tournee i przywiózł nam prezenty: pastę do zębów, pachnące mydełko lub szampon do włosów. Ach, co to była za radość w tamtym okresie permanentnego niedoboru! I jeszcze pokazał pierwszą płytę kompaktową. O sprawy pracowników dbały związki zawodowe: Związek Pracowników Kultury i Sztuki, Związek Nauczycielstwa Polskiego, wreszcie "Solidarność". Tu portret zbiorowy kilku wieloletnich działaczek, a przy tym znakomitych nauczycielek w swoich specjalnościach: wspomniana już p. Irena Pawlikowska, prof. prof. Wiesława Mazurkiewicz (język polski), Barbara Jurewicz (matematyka), Marietta Kruzel-Sosnowska (organy). Nadchodzi 1 Maja. Zwykle byliśmy zwalniani z udziału w pochodach jako szkoła "specjalna" (tu słowo specjalna w bardzo szerokim znaczeniu). Raz tylko się nie udało - po Czarnobylu. Nie zapomnę tego sterczenia w upale w Ogrodzie Saskim i naszej wewnętrznej wściekłości. A oto sobota czynu - pracy społecznej. Też udało się załatwić, abyśmy mogli pracować na terenie szkoły. Zwykle były to najrozmaitsze porządki, uzupełnianie dokumentacji itp. Nauczyciele zawsze pracują ofiarnie - właśnie przy przesuwaniu jakiejś cięż4kiej szafy p. Sawicki boleśnie nadwerężył sobie bark, który bolał go aż do następnego czynu. A ja, sprytnie, umyłam po zimie okno w naszym gabinecie i mogłam jaśniej spoglądać na świat. Maj i czerwiec - najgorsze miesiące: matury, egzaminy wstępne, klasyfikacja, sprawozdania i plany, a we własnym mieszkaniu fruwające "koty" kurzu. Nieraz ogarniało mnie zniechęcenie, ale mijało, ledwie zaczęły się wakacje. Wakacje. Wyjeżdżamy na obóz muzyczny zorganizowany przez p. Marię Grzebalską w Gorlicach i w Nowym Sączu - zespół instrumentalny i chór pod dyrekcją Ewy Marchwickiej i pianiści prof. Jana Wobożila. Dni wypełniają nam: praca nad programem, koncerty w urokliwych cerkiewkach i w Domu Zdrojowym w Krynicy, wspaniałe wycieczki, gry, zabawy, ogniska. Niespecjalnie przejmujemy się pretensjami wiadomych panów, że wykonujemy muzykę religijną (znowu chodzi o "Gaude Mater..." śpiewane po wieczornym apelu przed budynkiem, które tak pięknie niosło...). I nawet dajemy sobie radę w kuchni, gdy p. Banasiowa musiała pójść do szpitala. Pora zmienić ton. Wspomnienia, które teraz nastąpią, powodują zawsze ściśnienie serca, nie tylko mojego. Jeszcze dwie bliskie mi twarze... Basia Ostrowska. Szanowana dyrektorka, ceniony pedagog i szlachetny Człowiek. Pracowała niemal do końca. Ciężko chora leżała w szpitalu na Banacha pod troskliwą opieką dr. Michałowicza. Słaba, ledwie chodziła, a jeszcze przyjechała na egzaminy dyplomowe pianistów i zawsze pytała o swoich uczniów. I Ela Laska-Michiewicz. Nauczycielka - artystka, pisała wiersze, malowała, przygotowywała wspaniałe akademie, potrafiła zainspirować uczniów i rozmiłować ich w literaturze. Nie musiała przecież pracować, była po ciężkiej chemii, miała prawo do zwolnienia lekarskiego, a widzę ją na przerwie na korytarzu, jak dyżuruje otoczona wianuszkiem uczniów, taka już szczuplutka i blada. Wspomnienia, nawet te pisane lekkim tonem, są zawsze nieco nostalgiczne. Wiadomo, byliśmy młodzi. A jak widzę szkołę dzisiaj? Cieszy oko zadbany budynek, estetyczne wnętrza, nowoczesne wyposażenie. Grono pedagogiczne zaangażowane jak zawsze, może nawet bardziej? Obserwuję młode koleżanki i kolegów z niekłamanym podziwem. "Ogólniakami" sprawnie kierują dwie v-ce dyrektorki, p. Małgorzata Ziarko i p. Joanna Oczkowska, świetnie znające szkołę, bo kończyły ją ich córki. A jest tak dobrze m.in. dzięki księdzu Romanowi Indrzejczykowi, który kiedyś powiedział, że ma wydeptaną specjalną dróżkę do Pana Boga i w razie potrzeby z niej korzysta, a ponieważ lubi szkołę i dobrze się w niej czuje, to życzy jej jak najlepiej. Wdzięczna jestem losowi, że mogłam tu tyle lat pracować, że mój syn nabrał kultury muzycznej kończąc tu szkołę podstawową. Dumna jestem z naszych absolwentów (niekoniecznie moich uczniów), których wszędzie spotykam, w programach koncertów, w radiowej Dwójce, a także na ulicy czy w sklepie. "Dzień dobry pani profesor" - i szeroki uśmiech świadczy, że i oni dobrze wspominają szkołę. Irena Watten |
| © ZPSM nr 4 im. Karola Szymanowskiego Projekt graficzny: Piotr Dylewski • Redakcja: Paweł Markuszewski • Ostatnia aktualizacja tej podstrony: niedziela, 30 grudnia 2007 | ||